Powrót

renice rehnitz

Renice(Rehnitz)

- duża wieś sołecka z leśniczówką, położona 5 km na wsch. od Myśliborza, przy pn. krańcu jeziora Renickiego. Jeszcze w 1260 r. znajdowały się pod panowaniem pomorskim. Ok 1273 znalazły się w rękach Brandenburczyków. W 1715 r. właścicielami byli Bismarckowie: bracia Rudolf August i Georg Friedrich. W 1718 posiadłością samodzielnie władał Rudolf August von Bismarck Na przełomie XVIII i XIX w. Renice należały do nieletniego rodzeństwa von Sydov. W1837 majątek przeszedł w ręce Carla Wilhelma Phemela. Od jego spadkobierców kupił go w 1905 r. tajny radca handlowy Hugo Oppenheim, bankier z Berlina, rozbudowując dwór (powstał pałac). Po jego śmierci wdowa Anna Oppenheim, zostawiając sobie zamek, las i jezioro, sprzedała posiadłość w 1928 r. towarzystwu parcelacyjnemu "Eigene Scholle" (własna ziemia). Następnie urządzono tu ośrodek Hitler - Jugend. W czasie wojny - ośrodek szkoleniowy. Obecnie - Państwowy Młodzieżowy Ośrodek Wychowawczy.

Poniżej fragmenty artykułu jaki ukazał się w Nadwarciańskim Roczniku Historyczno Archiwalnym nr 11 nawiązującego do historii pałacu:

"Opowieść Skibińskiego, wieloletniego kierownika Młodzieżowego Ośrodka Wychowawczego w Renicach: Gdy przed kilku laty przyjechałem z F. Łukasikiem do mieszkania państwa Skibińskich w Renicach, gospodarz domu opowiedział nam o historii pałacu, jak też o wizycie, jaką złożył mu na początku lat sześćdziesiątych Stefan Lingowski z córką Ireną. Nieznajomy przybysz przedstawił się mówiąc, że przed wojną wraz z rodziną mieszkał i pracował w tym pałacu, a właścicielami tej letniej rezydencji byli znani niemieccy bankierzy Anna, Hugo i Robert Oppenheim. Stefan Lingowski opisał dokładnie pomieszczenia zamku, ich wygląd oraz wyposażenie. Mówił, że wyjechał z Opatówka k. Kalisza do Niemiec "za chlebem", najmując się do różnych zawodów. W latach dwudziestych pracował w tym majątku i nadzorował urządzenia elektryczne renickiego zamku, a także był osobistym szoferem Anny Oppenheim. Umiał niemal wszystko, naprawiał stacje pomp, fotografował, porządkował całą infrastrukturę majątku Oppenheimów. Tak mnie zaciekawiła ta opowieść, że włączyłem magnetofon, który miałem w biurku. Służył on mi do nagrywania rozmów z moimi trudnymi wychowankami. Trzeba pamiętać, że w latach sześćdziesiątych takie niespodziewane spotkanie "z kimś kto był tu przed wojną" było skrupulatnie odnotowywane przez służby specjalne. Dlatego zdecydowałem się na nagranie tej rozmowy - kontynuował swą relację Z. Skibiński. Wspominał też Stefan Lingowski o śmierci lotników litewskich, o zdjęciach, które zrobił. Miałem więc wrażenie, że mógł przed wojną współpracować z polskim wywiadem. Po kilku dniach od tej wizyty - wspominał Skibiński - przyszło do mnie dwóch panów z UB, pytając o tą nie zapowiadaną wizytę "człowieka z Niemiec". Znając już Lingowskiego i cel jego wizyty (podróż sentymentalna) na wszelki wypadek dałem im taśmę z nagraniem, która miała przekonać owych "urzędników" o szlachetnej intencji przyjazdu b. mieszkańca i pracownika renickiego zamku. Po kilku dniach oddano mi taśmę. Niestety, nie można jej było już odtworzyć. Najpewniej została celowo rozmagnesowana - stwierdził mój rozmówca. Od Pana Skibińskiego otrzymałem adres córki St Lingowskiego i pojechałem do Kalisza.

Stefan Lingowski - curriculum vitae Pani Irena Pieczykolan w swoim kaliskim mieszkaniu opowiadała o swoich rodzicach, ze wzruszeniem wspominała też dzieciństwo jakie spędziła w majątku Oppenheimów. (...) Tato był "złotą rączką" do wszystkiego, do instalacji elektrycznej, ciepłowniczej, hydraulicznej, ślusarz - mechanik. Nadto był jeszcze osobistym kierowcą pani Anny Oppenheim - małżonki Tajnego Radcy - wspominała córka Lingowskiego. Oppenheimowie byli właścicielami dóbr m. in. w Renicach i Głazowie, posiadali też Bank przy "Unter den Linden" w Berlinie. (...) Moi rodzice, to Henryka z Woźniaków i Stefan Lingowscy. Tatuś urodził się 20 września 1900 roku w Łodzi. Były to trudne czasy, kraj w niewoli i brak pracy. Rodzice tatusia - Piotr i Apolonia z Wolfów wyjeżdżali na prace sezonowe do Niemiec, na "saksy", jak się wówczas mówiło - pisała w liście Irena Pieczykolan. Przez całe te lata Stefan nie miał kontaktu z rodziną, wzrastał sam wśród obcych, w majątku ziemskim Pumptow (obecnie Pomietów koło Dolic, niedaleko Choszczna), należącym do rodziny von Wedel, w którym rodzice pozostawili małoletniego Stefana. Pracował wówczas (1914-1920) w tym gospodarstwie. Interesowało go wszystko co wiązało się z rozwojem techniki, zdobywając wiedzę i doświadczenie. Zainteresował się nim administrator Schlote i oddał go pod opiekę tamtejszym fachowcom. Z majątku Pomietów wraz z administratorem przeniósł się do Renic. Pracował w renickiej rezydencji do 1931 roku, do śmierci Anny Oppenheim. W latach późniejszych (do jesieni 1938) roku pracował w różnych firmach instalacyjnych w Myśliborzu. Wtedy to otrzymał nakaz opuszczenia w ciągu 24 godz. granicy Niemiec. Nie chcąc przyjąć obywatelstwa niemieckiego przyjechał do Opatówka k. Kalisza, gdzie od 1935 r. mieszkała juz zona z córką, które wyjechały wcześniej do Polski z tych samych co ojciec powodów. W Opatówku pracował w fabryce pluszu i aksamitu u Państwa Gaede - właścicieli fabryki, jako kierowca samochodu osobowego. W ostatnich godzinach przed wybuchem II wojny światowej polecono mu wywieźć do Warszawy rodzinę Gaedego i spokrewnioną rodzinę Wende (z niej wywodził się zmarły niedawno znany adwokat i senator Edward Wende- dodaje Pani Irena). W drodze zaskoczyło ich bombardowanie. Pozostawiwszy rodziny pod Warszawą powrócił samochodem do rogatek Kalisza, bowiem most był już zbombardowany. Pracował nadal w tej fabryce. W czasie wojny utworzono w niej wydział zbrojeniowy (wytwórnia kondensatorów). Dla pełnego opanowania tej dziedziny produkcji wraz z innymi Polakami został wysłany do Gery w Turyngii na przeszkolenie, gdzie istniała podobna wytwórnia. Po zakończeniu wojny, dział ten przeniesiono do Łodzi, a rozruchu produkcji dokonał Stefan Lingowski, mając pełną dokumentację techniczną, którą ochronił przed zniszczeniem czy wywiezieniem do Niemiec. Dodać należy, że wraz z kolegą (p. Chwilczyńskim, zwanym "Brodą" - jak odnotowała I. Pieczykolan), narażając swe życie, ukryli i przechowali specjalistyczne urządzenia, tak, że już w marcu 1945 roku fabryka mogła na nowo ruszyć. W tym zakładzie, zwanym Fabryką Pluszu i Aksamitu "Runotex" pracował prawie do śmierci. Zmarł 29 sierpnia 1968 roku.

Fotografie i dokumenty Przeglądamy wspólnie rodzinne pamiątki państwa Lingowskich. Wśród rodzinnych pamiątek są oryginalne umowy o pracę Stefana Lingowskiego, sygnowane przez Annę i Roberta Oppenheim, zaświadczenia, opinie o pracy w renickim majątku, w firmach Myśliborza, korespondencje z Rządem Brandenburgii dot. wysiedlenia z Niemiec i inne bardzo cenne dokumenty. Na stole stoi oryginalna, jaspisowo - kryształowa lampa naftowa z renickiego pałacu, którą Stefan Lingowski przywiózł wraz z innymi osobistymi rzeczami ze sobą do Polski. Są też trzy aparaty fotograficzne z tamtych czasów. Jednym z nich St. Lingowski wykonał historyczne zdjęcia rozbitej Lituanik. Są też albumy z fotografiami przedwojennych Renic. Na kolejnych stronach albumu 8 letnia Irena Pieczykolan z rodzicami w pejzażu renickiego pałacu. Przedwojenne zdjęcia Myśliborza, Lipian, Pyrzyc, Gorzowa, Warszawy. Te albumy pieczołowicie opracowywała moja mama - komentuje Pani Irena. Jest też zdjęcie ołtarza myśliborskiego kościoła p.w. Świętego Krzyża (tzw. "Małego kościółka"). W tej świątyni, wzniesionej w latach 1905-1907 przez robotników polskich zatrudnionych na tej ziemi, brali ślub Henryka i Stefan Lingowscy (1924 r.). Są też trzy puste miejsca po fotografiach. Tu były właśnie zdjęcia rozbitego samolotu litewskiego, które zrobił mój ojciec - opowiadaPani Irena: (...) Proszę Pana, cóż, mój tatuś, to tylko skromna osoba, niepozorna, że trudno go wynosić do takiego wyróżnienia. Poddał się wówczas swemu hobby - udokumentować tragiczne zdarzenie, a jako Polak, Słowianin, to szczególnie w stosunku do osób bohaterskich lotników, naszych pobratymców, było dla niego szczególnie ważne, ale nigdy by mu do głowy nie przyszło, że te zdjęcia poruszą koło historii - napisała Pani Irena do Burmistrza Myśliborza. A wszystko zaczęło się od spotkania mego tatusia z dyrektorem Zdzisławem Skibińskim, któremu relacjonował historię Renic i zdarzeń, następnie wizyta p. Senvajtisa u nas w domu, któremu udostępniliśmy posiadane zdjęcia, i tak machina poszła w ruch - kończy swą opowieść p. Irena.

Henryka z Woźniaków - Lingowska Niezwykle interesujące są również losy żony St. Lingowskiego i jej rodu, spisane przez córkę Irenę. Historia tej rodziny, spleciona z jednej strony z patriotyczną postawą Polaków z czasów powstania styczniowego, zrywami narodowościowymi, dostatkiem i biedą, jaką serwował tym ludziom ów historyczny czas, a z drugiej strony - połączona z losami "bieżeńców" (uciekinierów [rusyc.]- L.B.), których zawierucha I wojny światowej sprawiła, że trafili do Charkowa, gdzie pomagała im rodzina carska. Los wreszcie złączył rodziny Woźniaków i Lingowskich również poza granicami kraju. To mało znane, a jakże ważne epizody i dzieje naszych ojców i dziadków, naszej współczesnej historii, gdy "róża wiatrów" była azymutem ich dramatycznej i jeszcze nieznanej im drogi. Oto co zapamiętała z rodowych przekazów córka Stanisława i Henryki z Lingowskich i Woźniaków - pani Irena Pieczykolan z Kalisza: (...) Teraz o mamusi - Henryka z Woźniaków, urodzona 23 września 1902 r. w Warszawie z rodziców Wawrzyńca i Marianny z Szymanowskich. Ród Szymanowskich z Szymanowie w Skierniewickim był rodem szlacheckim, wszak zubożałym. To byli gorliwi Polacy. Przodkowie brali udział w zrywach narodowościowych w powstaniach i na skutek tej działalności majątek został skonfiskowany przez władze carskie. W kolejnym powstaniu, w roku 1863, dnia 8 grudnia urodziła się babcia Marianna, mama mamusi, z rodziców fana i Eleonory z Filipskich. Występkiem dla rodu było, że babcia moja wyszła za mąż za "chama" sługusa dworskiego i rzekomo jeszcze w dniu ślubu ojciec jej rzucił się na progu do jej nóg, prosząc, by nie wychodziła za Wawrzyńca, on wynagrodzi jej wszystko - ale cóż, miłość zwyciężyła. Dziadek Wawrzyniec był kamerdynerem, zatem wyższa hierarchia pośród usługujących, przy rodzie Radziwiłłów, czy innych możnych, ale nigdy nie służył u "nowobogackich", za nic nie przyjął tam pracy. Były "niże" i "wyże" w życiu babci Marianny. W zależności od chlebodawców mieszkali blisko pałacu i w dobrobycie, ale były i "liche" posady, a jak już była bieda, to babcia z dziećmi szukała wsparcia u swej młodej siostry, gospodarującej w pobliżu swych rodowych włości. Mamusia miała jeszcze trzech braci. Najstarszy, Bolek zginął na wojnie w 1917 r. na froncie rosyjskim. Służył w armii carskiej, aż 8 lat, w tym 5 lat jako poborowy i 3 lata wojenne. Potem brat Stefan, wyuczył się na kamasznika, osiadł i ożenił się koło Warszawy. I najmłodszy - Olek, którego dziadek Szymanowski nienawidził, jako "pomiot chamski". Starsze dzieci - wnuki, były poza domem, lecz jedyną wnuczkę, mamę - uznawał. Dziadek Wawrzyniec zawieruszył się w czasie I wojny, gdy ze swymi chlebodawcami uchodził przed ścierającymi się mocarstwami. Pozostała babcia z córką Henią i synem Olkiem. Tułała się po wsiach, w Warszawie, aż w końcu uchodząc przed następnym frontem, armią niemiecką, znalazła się po wielomiesięcznej tułaczce w Charkowie. "Bieżeńcami" zajęła się ludność Charkowa na apel księżniczki Tatiany Mikołajewnej Romanowej. Księżniczka ze swych funduszy wspierała uchodźców. Babcia z dwojgiem dzieci w wieku 12 i 8 lat znalazła kwaterę w domu mieszczańskim, mieszczącym się na obrzeżu miasta, należy to wnioskować z tego, że mieli trochę pola na którym uprawiali arbuzy czy melony. Jak gospodarz zwoził plony z pola, to dzieci "bieżeńców" mogły te popękane, czy okaleczone owoce sobie wziąć. Babcia chodziła na posługi do miasta, a dzieci miały opiekę w ochronce, gdzie mieli dwa posiłki dziennie. Dziećmi zajmowała się polska nauczycielka, która, na ile miała możność, uczyła dzieci po polsku pisać i czytać. Mamusia bardzo ciepło wspominała ten okres czasu. Ludność była uczynna, gościnna i szczera. Mimo trwającej wojny, żywności było pod dostatkiem (lecz niedostępna dla ubogich, których również nie brakowało). Gdy zbliżała się armia niemiecka, żywność zniknęła natychmiast i był ogólny głód. Ludność, jak i w ostatniej wojnie, była zabierana do pracy do Niemiec i tą drogą babcia z córką znalazła się koło roku 1918 w majątku ziemskim w Pumptow na Pomorzu. Tam gdzie Polak z Polakiem trzyma, bo bieda, wspólny los, obce otoczenie, spaja ludzi - poznali się i rodzice. Mamusia jako młoda panienka pracowała m.in. u administratora Schlotego i z nimi przeniosła się do Renic. Aż do za-mążpójścia, do roku 1924, pracowała w kuchni i na pokojach pałacu renickie-go. Tatuś, jako stały pracownik, miał poza wynagrodzeniem, wolne mieszkanie, bez opłaty czynszu, opał w postaci brykietów i drewna, wolne światło i dzierżawę małego zagonu pod uprawę przydomową. Uprawiali zazwyczaj ziemniaki, buraki, brukiew na karmę dla świń i drobiu. Gdy było duże świniobicie w majątku oraz po dużych polowaniach otrzymywali ordynarię w pewnej ilości mięsiwa. Babcia zamieszkiwała cały czas razem z nami, a wujek Olek wyemigrował do Francji. Uległ tam wypadkowi w pracy, miał amputowaną nogę - za kwotę odszkodowania wrócił do kraju, kupił w Warszawie mieszkanie i prowadził handel win i wódek przy ul. Krochmalnej, a róg Żelaznej. Tam przebywał aż do powstania warszawskiego. Mama po zamążpójściu nie pracowała zawodowo, była gospodynią domową (...) Umiała wszystko - tego nauczyła się w Renicach. W czasie ostatniej wojny, aby ustrzec się przed przymusową pracą, czy wywózką, wszak była jeszcze młodą kobietą, około 40., ja pracowałam już od 15. roku życia na miejscu, tatuś w Kaliszu - podjęła pracę w niepełnym wymiarze godzin u Naczelnika Poczty w Opatówku. (...) Urodziła drugą córkę (!943). Następnie była na utrzymaniu tatusia, a po jego śmierci miała rentę rodzinną. Zmarła 7 września 1989 r. Tu jeszcze warto wrócić do wspomnień o babci Mariannie. Jak już wcześniej wspominałam, wywodziła się z rodu patriotów i zawsze tęskniła za Polską, choć los rzucił ją na wiele lat na ziemię rosyjską i niemiecką. Była niepiśmienna, ale umiała czytać druk, jak z książeczki do nabożeństwa i gazetek wychodzących w języku polskim (również i tam na obczyźnie). Utrzymywała związek z Kościołem katolickim, a księża administrujący te świątynie byli często pochodzenia polskiego, względnie znali język polski. W małym kościółku w Myśliborzu spotykała się emigracja Polska wywodząca się przeważnie z ludzi niebogatych, która wyjeżdżając z kraju za pracą, osiadała w okolicy, szczególnie po dworach pańskich i tam się zaaklimatyzowali. W tym kościółku brali i rodzice ślub. Bywało często, że przejeżdżając z małym dzieckiem do chrztu, nie mieli chrzestnych, bo już wzajemnie, wśród siebie trzymali w tych rodzinach dzieci do chrztu - to wówczas ksiądz apelował do zgromadzonych, by ktoś podjął się tego obowiązku - tak często mama była chrzestną u zupełnie obcych dzieci, nie mając później kontaktu z rodziną. Gdy babcia w wieku 74 lat zachorowała poważnie, było to wyczerpanie starcze, nie chciała umrzeć w Niemczech, mówiąc że ziemia niemiecka parzy Polaków, prosiła mamę, by zawiozła ją do Polski, do Warszawy, gdzie było wiele krewnych, a których nie widziała, jak przed I wojną światową. Mamusia podjęła podróż z umierającą matką. Z Gorzowa pociągiem pośpiesznym na Warszawę - zarezerwowała cały przedział, gdzie na rozłożonej pościeli leżała babcia. Co budziła się z drzemki pytała: czy to już Polska "Haniutka"? - mówiła, "obojętnie gdzie po przekroczeniu granicy umrę, to pochowaj mnie na pierwszym przystanku, najważniejsze, że na swojej ziemi". Z Bożą pomocą dotarli do Warszawy i zatrzymali się u wujka Olka. Tam oczekiwała ją cała zgromadzona rodzina. Poznawała wszystkich, było to ostatnie rozświetlenie "świecy życia". Jeszcze żyła 3 dni, potem cicho zasnęła. Było to 12 maja 1935 roku (razem z marszałkiem Piłsudskim) i pochowana została na Bródnie w XII kwaterze, V rzędzie. Ostatnim jej życzeniem było, by nie ubierać ją na ciemno, nie znosiła czarnego koloru, a miała ulubioną błękitną sukienkę z kremowym, koronkowym żabocikiem oraz ulubioną poduszkę niebieską, haftowaną w tulipany - tak się i stało.

Moje Renice - wspomnienia z dzieciństwa Irena Pieczykolan po tylu łatach imponuje pamięcią. Opowiadając o swych Renicach mówi m.in.: "To moje korzenie, to moja "Mała Ojczyzna". Z opowieści pani Ireny emanuje wielki szacunek do przeszłości. Poznajemy niezwykłe losy polskiej rodziny, której splot historycznych i społecznych wydarzeń lat 20. i 30. ubiegłego stulecia, zaprowadził na te ziemie. W 2000 roku Irena Pieczykolan przesyłając mi kopie swych wspomnień (oryginał otrzymał Zdzisław Wasilewski - zaprzyjaźniony z panią Ireną mieszkaniec Renic), tak opisuje swój czas wzrastania w Renicach: (...) Przyszłam na świat 75 lat temu w pięknym miesiącu maju - w małym mieszkanku w budynku przylegającym do zabudowań gospodarczych majątku Renice. Rodzice moi pracowali w tym pałacu. Kuchnię dobrze pamiętam. Mieściła się w wysokiej suterynie w prawym skrzydle pałacu na całej długości ściany zachodnio - północnej, okna wychodziły na zabudowania gospodarcze. Na tym poziomie prócz kuchni znajdowała się duża pralnia mechaniczna, spiżarnie z olbrzymimi lodówkami (lód rąbano na jeziorem przechowywany był w ziemiance, na zapleczu gorzelni, dawno już nie istniejącej). Nad gorzelnią i w budynku obok wieży ciśnień były pomieszczenia dla pracowników sezonowych. Dla tych pracowników gotowany był pierwszy posiłek na godz. 5.00 rano, zazwyczaj zupy mleczne i pieczywo. Gdy te posiłki wydano, przystępowywano do przygotowania posiłków dla państwa i gości. Mamusia zawsze wspominała, że ta praca była szkołą życia, tam nauczyła się niemieckiej gospodarności, oszczędności, wykorzystywania do minimum odpadów. Kości były dwukrotnie wygotowywane, wówczas dały dopiero smak (...). Po okresowych polowaniach, a lasy były przeogromne, przerabiano dziczyznę na przeroby do weków, na kiełbasy, które wędzone były w dużych wędzarkach, a do wędzenia stosowano szczególnie jałowiec. Taką wędzarkę mieliśmy - na drugim mieszkaniu, tym długim budynku wzdłuż ulicy, a okno tego strychu wychodziło na Pana dom, panie Zbigniewie [tj. Zbigniewa Wasilewskiego - przyp. L. B.], teraz jest to normalne okno, wówczas takie dwa wąskie wykusze. W tym budynku, w którym przyszłam na świat, na wysokim parterze mieszkała rodzina szwajcera. W pobliżu były obory, stajnie, spichlerz, pośrodku placu kurnik - ten domek z kogutem na dachu, dom administratora, w stronę jeziora, po prawej stronie bramy - kuźnie i tam swego czasu pracował tatuś, a po lewej od bramy faktyczna gorzelnia - wytwórnia i mieszkanie gorzelanego. W pałacu wiele służby nie było, w kuchni tzw. "Mamzell", były trzy, pochodziły ze Śląska (jedna z nich była moją chrzestną), pomoce kuchenne (jak mama), kamerdyner (mój chrzestny), lokaje, jeden wyłącznie do usług Starszej Pani [tj.Anny Oppenheim - przyp. L. B.], garderobiane, pokojowe, podręczni, ogrodnik. Ten ostatni mieszkał w domu przy bramie głównej (Pana budynku) [tj. Zdzisława Wasilewskiego - przyp. L.B.], miał jeszcze pomocników, bo prócz szklarni był duży ogród warzywny i sad owocowy (ciągnął się wzdłuż drogi wiodącej do wiatraka). Co rano ogrodnik grabił wszystkie ścieżki w parku i podjeździe, które to były wysypane drobnymi kamyszkami (Kieselsteine), nie mógł wyrosnąć żaden chwaścik, a grabie były różnej szerokości, zależne od szerokości alejki, takie ciągnął przez wszystkie ścieżki już od godzin świtu. Po lewej stronie od bramy głównej (tej bocznej naprzeciwko kościoła nie było), był duży piętrowy budynek (już nieistniejący), gdzie mieszkał masztalerz i stajenni. Nie przypominam sobie, gdzie stały konie powozowe, bo powozownia była w dzisiejszym garażu obok Pana budynku [Z. Wasilewskiego - przyp. L. B.], tam stały powozy, sanie, wszystko okryte plandekami i tam pod oknem od strony warzywnika, tatuś miał warsztat naprawczy. Pod te plandeki chowałam się, gdy byłam u tatusia w warsztacie, a nadchodziła Starsza Pani, nie lubiła, by dzieci się plątały w pobliżu pałacu. Pałac wyglądał wówczas inaczej, miał inną wieżę, smukłą; przebudowany został pałac, gdy za rządów Hitlera urządzono tam szkołę partyjną, a część parku zamieniono na place ćwiczeń (tak np. dzisiejsze boisko w głębi parku). Mnie pozostał w pamięci poprzedni kształt budowli. Od strony parku szerokie schody wiodły na taras i do dużej sali lustrzanej, w tej to sali w czasie świąt Bożego Narodzenia goszczone były dzieci pracowników, a bogato zdobiona, olbrzymia choinka odbijała się w lustrach tworząc niezwykły urok. Schody tarasowe zdobiły sfinksy umieszczone po obu stronach. W pobliżu stała wśród kwiecistych klombów i szpalerów bukszpanu - fontanna. Poza fontanną był mur odgradzający tę część pałacu od skrzydła gospodarczego. Idąc od tarasu w stronę jeziora, po lewej stronie stał domek chiński "Teehaus" (domek herbaciany), trochę bliżej jeziora, stacja pomp (Pumpenhaus) nadzorowana przez tatusia. Obok niego kilka dużych głazów, to miejsce pochówku ulubionych psów. Na wzgórzu, poza domem chińskim, było mauzoleum, miejsce spoczynku wcześniejszych właścicieli tych dóbr. Jak pamiętam z opowiadań, to wcześniejsi dziedzice byli pochodzenia polskiego. Wielka szkoda, że nie ma tej kasety z nagraniem rozmowy pomiędzy panem Skibińskim a tatusiem (nie ma już p. Skibińskiego - [Zdzisław Skibiński zmarł w 2000 roku - przyp. L. B.]). Ona obejmowała historię tego terenu (a może p. Skibińska coś wie na ten temat i jeszcze się zachowała [taśma, kaseta? - przyp. L. B.]), a była w rękach UB, dopatrywująca się szpiegostwa i p. S. miał nieprzyjemności). W parku, w pobliżu nieistniejącego już wiatraka, była brama parkowa, żelazna, kuta ozdobnie, ze złoceniami i herbem i inicjałami Oppenheimów zwana "Sorgenfrei" - bez trosk. A jednak ich życie nie było bez trosk. Jedna z córek, zwana Lischen, była kaleką, tak jakby dziś zwano po Heine Medina. Osobiście jej nie widziałam, niewiele wychodziła, może raczej była wożona powozem, i jak to bywa u kalek, była bardzo złośliwa. Żadna opiekunka długo przy niej nie wytrzymywała, choć wynagrodzenie było wysoki. Kolejna z córek, czy synowa, miała raka piersi, leczenie wiele kosztowało, czy też zmarła, czy też rozwiedziona, nie wiem, i nie wiem ile było rodzeństwa, ale był jeden syn, chyba Hugo, był wiele razy żonaty, rozwody i odszkodowania dla żon pochłonęły znaczny majątek co ich rujnowało. W drodze do lasu, po lewej stronie - budynek tzw. socjalny, zwany "Anna-Heim" od imienia Anny, Starszej Pani, mieściło się tam przedszkole, do którego i ja chodziłam. Opiekę sprawowała siła fachowa, zwana "siostrą; chodziła w szarej jakby harcerskiej sukni i czepku pielęgniarskim; mieszkała także w tym budynku. W lesie piękny budynek dla leśniczego, zwany "Forsterhaus". Kościół był ewangelicki, my jedynie byliśmy we wsi rodziną katolicką. Nasz kościół - to mały w Myśliborzu. W kruchcie tego kościoła Renickiego wisiała tablica pamiątkowa z nazwiskami poległych w I wojnie światowej, pochodzących z Renic i okolic. Pamiętam chrzcielnicę kamienną po lewej stronie. Bywałam wielokrotnie w tej świątyni, czy to z okazji ślubu, czy konfirmacji koleżanek szkolnych. Takich stałych nabożeństw chyba nie było, za mała gmina wyznaniowa. Była katedra w Myśliborzu, ten duży kościół. Wkoło kościoła cmentarz grzebalny i kaplica pogrzebowa na terenie cmentarza. Piękna mozaika nad wejściem tej kaplicy, w Obok kościoła - szkoła. Uczył tylko jeden nauczyciel, jedna sala, co parę ławek inna klasa. Jedni mieli zadanie na "cicho", inni mieli wykład i kłosy dzielono na dopołudniowe i popołudniowe; rano starsze klasy (do VIII), od południa młodsze. Pierwszoklasiści przychodzili w pierwszym dniu do szkoły z tak zwanym "rogiem szczęścia", wypełnionym słodyczami (zwyczaj ten zachował się na Śląsku), a przypominam sobie, że ja go nie miałam. Może być, że rodzice nie na czas ją kupili, lecz pamiętam, że pod pachą miałam kolorową książeczkę. Byłam rozczarowana, choć rodzice mi przypominali, że otrzymałam ten róg w późniejszym terminie, a tego nie pamiętam. Wszystkie klasy razem, to koło 35 uczniów. To tylko dzieci z samych Renie i nowego osiedla, z tych domków usytuowanych w kierunku stacji kolejowej Głazów. Gospodarzy było niewielu we wsi, raczej załoga majątku. Jak tak teraz liczę w pamięci, to było 8 -10 gospodarstw samodzielnych. Był też Dom Starców dla byłych pracowników majątku, parterowy budynek wzdłuż ulicy wlotowej od Głazowa. Na rogu gospoda, w niej, prócz piwa, trwałe artykuły spożywcze, do niej dobudowano salę taneczną, ale to już później, gdy tam nie mieszkaliśmy. Jak do władzy doszedł Hitler (1933 r.), rozpoczęło się prześladowanie Żydów, a rodzina Oppenheimów miała prawdopodobnie przodków żydowskich. Chwycili wcześniej "wiatr" i rozpoczęła się sprzedaż względnie parcelacja majątku ziemskiego, potem i sprzedaż pałacu, likwidacja banku i przenieśli się za ocean - ale to ci młodzi; pani Oppenheim zmarła wcześniej, jeszcze tatuś ją wiózł samochodem do Berlina, gdy była bardzo chora. Pan Radca chyba wcześniej zmarł. Co z kaleką córką się stało, nie wiem. Z tą ostatnią drogą pani Oppenheim, to też ciekawa historia. Jak już byli w Berlinie, to nie mógł trafić pod właściwy dom, rzekomo trzykrotnie koło niego przejeżdżał, aż pani Oppenheim mówi "co z tobą Stefan, czy przeczuwasz, że to ostatnia jazda ze mną?" Wiem, że syn, chyba Hugo, miał dwie córeczki - bliźniaczki, mam jeszcze ich zdjęcie, które przysłali nam do Polski w czasie II wojny, potem kontakt się urwał. Ród Oppenheim, to rzekomo pokrewieństwo ze znanym chemikiem Oppenheimerem, tym od bomby atomowej. Po rozwiązaniu umowy o pracę w majątku, tatuś pracował w różnych firmach instalacyjnych. Mamusia ze mną w roku 1935 wyjechała do Polski, mieszkanie zostało zlikwidowane. Tatuś jeszcze pozostał mieszkając u jednego gospodarza w Renicach, lub u zaprzyjaźnionej rodziny w Myśliborzu. We wrześniu 1938 r. tatuś został wysiedlony, musiał w ciągu 24 godz. opuścić granice Niemiec. Było to posunięcie polityczne, tamtejsze władze chciały mieć pewnych, niemieckich obywateli w pobliżu granicy z Polską - względnie był warunek, że tatuś ściągnie rodzinę z powrotem do Niemiec i przyjmie obywatelstwo niemieckie, bo od roku 1912-1913 przebywał na terenie Niemiec, miał opinię dobrego fachowca, jakiego nie chcieli się pozbyć. W czasie ostatniej wojny, chyba pod koniec, w pałacu było sanatorium dla rannych żołnierzy, to wiem z korespondencji z moimi koleżankami. Po raz pierwszy, po opuszczeniu mej wioski byłam w Renicach z tatusiem latem 1946 roku. Wieś i pałac, to obraz nędzy i rozpaczy. W pałacu barłogi słomy, odpadów, stacjonowali tam wcześniej żołnierze radzieccy - wówczas stał pusty, wydany na łup szabrowników, o ile było jeszcze co szabrować. Park zarośnięty, przy schodach do werandy przestraszyła mnie sycząca żmija, czy też wąż, a ja do dziś bardzo się boję tych stworzeń.

Jezioro renickie (...) Na jego brzegu, po stronie parkowej stały drewniane budowle, jako pierwsza - przystań dla łódek ( kajaków nie było, może jeszcze wówczas nie były popularne), potem z kolei domek dla łabędzi, przy końcu parku, tak gdzie obecnie są ławeczki i stolik, duży dom kąpielowy (Badehaus), z kabinami do przebierania się, daleko idący w jezioro, pomost z balustradami wkoło niego. Tu od bramy, idąc do zabudowań gospodarczych, był również pomost dla wędkarzy i kąpiących się i brzeg piaszczysty, plaża. W tym miejscu mięliśmy my uczniowie gry, zabawy, gimnastykę i zawody pływackiej...) Na wychowanie fizyczne kładziono duży nacisk, będąc słabym w sporcie, można było nie przejść do następnej klasy, jak przy przedmiotach głównych. A zimą jezioro było pokryte grubą warstwą lodu - zatem sanki, ślizgawki i bojery z żaglami. Przy przeręblach wędkarze przeprowadzali zawody. Rów wychodzący z jeziora w kierunku szosy, zwał się "Aalgraben" ( węgorzowy rów), tam tatuś stawiał sidła, a połów był obfity. Nad jeziorem, poza tzw. plażą, mieliśmy ogród kwiatowo - warzywny, altanę, w której przesiadywała mamusia z robótką w ręku. (...) Na placu tenisowym odbywały się tańce dożynkowe. Dożynki były obchodzone w 3. niedzielę października. Przez wsie i miasteczka ciągnęły korowody wozów drabiniastych zdobionych w kłosy i kwiaty oraz jeźdźcy na koniach, również ukwieconych. (...) Wyprawa do Myśliborza, to była dla mnie rzeczywista wyprawa. Mamusia wszak jeździła rowerem po zakupy, ale i były rodzinne wyprawy rowerowe - mamusia na damce, tato na wąskim rowerze, a na nim, przy kierownicy siodełko dla mnie.(...) Latem wyprawa nad jezioro myśliborskie, przejażdżki stateczkiem, na lody do znanej cukierni ( budynku tego nie ma obecnie), a gdy rodzice chcieli iść do kina, pozostawiali mnie pod opieką kelnera, gdzie obłożona kolorowymi czasopismami, czekałam grzecznie na ich powrót. Uczestnictwo we Mszy Św.- ale nie co niedzielę, raczej od większego święta. W Boże Ciało sypałam kwiatki. Również mięliśmy znajomych w Myśliborzu, których odwiedzaliśmy. Jedni spośród nich mieli syna w moim wieku, który był moim partnerem w zabawach. Zamieszkiwali w domu jednorodzinnym, naprzeciw młyna (obecnie ul. Łużycka).(...) W Myśliborzu, koło tej kaplicy przy bramie wjazdowej, w tym miejscu, gdzie obecnie stoi hotel, stała kamienica czynszowa, a w niej mieszkała zielarka - nastawiaczka, pani Strohbusch. Była znana na całą okolicę. Nawet lekarz, gdy nie radził sobie z jakąś dolegliwością, polecał właśnie ją. Ja też byłam jej pacjętką wyleczyła kurzajki i nastawiła kolano. I jeszcze jedno działanie leku ziołowego. Jako niemowlę chorowałam - biegunki, spadek wagi itp. Mamusia jeździła ze mną do lekarza w Myśliborzu, jak i Lipian, a w końcu do specjalisty do Gorzowa. Ten, jak mnie ujrzał, powiedział mamie: "po cóż przywieźliście trupa, tu tylko trumna potrzebna". Zrozpaczeni rodzice udali się zatem do p. Strohbusch, oczekując ratunku. Ta kazała odrzucić wszelkie papki, kaszki i przepisane leki, a dawać świeże nieprzegotowane mleko oraz kąpać przez 7 czy 10 dni w wywarze z ziół, codziennie innych, przez nią przygotowanych.(...) Choroba mijała, przybierałam na wadze (...) Spisałam co mi pamięć nasunęła, a nie ma już niestety nikogo wśród żyjących (rodzice, znajomi), co by mogli wspomnienie uzupełnić, sprostować pewne fakty, czy rozwinąć. Dziesięcioletnie dziecko, jakim wówczas byłam, ma spojrzenie zawężone i zakodowuje w pamięci tylko szczegóły, może bez związku logicznego? Ale niech te słowa służą, by zachować od zapomnienia minione czasy - świetność Renic. Dziesięć lat Renice były moją "mała ojczyzną". Tyle lat mieszkam w Kaliszu, ale Renice są mi tak bliskie. Gdy je odwiedzałam, częściej, jak przeszłam na emeryturę, to z dala witała mnie wieża kościoła i wieża ciśnień; obojętnie, z której strony się zbliżałam. Dawniej widoczna była i wieża pałacowa - obecna jest niższa. A gdy opuszczam ten zakątek, ostatnim wzrokiem, ze łzami w oczach, żegnam te wieże, które to wznoszą się W MEJ WIOSCE... lipiec 2000 Irena Pieczykolan

Opracował i komentarzami opatrzył Leszek Bończuk

Renice Rehnitz pałac dwór nowa marchia gorzów Renice Rehnitz pałac dwór nowa marchia gorzów Renice Rehnitz pałac dwór nowa marchia gorzów Renice Rehnitz pałac dwór nowa marchia gorzów Renice Rehnitz pałac dwór nowa marchia gorzów Renice Rehnitz pałac dwór nowa marchia gorzów Renice Rehnitz pałac dwór nowa marchia gorzów Renice Rehnitz pałac dwór nowa marchia gorzów Renice Rehnitz pałac dwór nowa marchia gorzów Renice Rehnitz pałac dwór nowa marchia gorzów Renice Rehnitz pałac dwór nowa marchia gorzów Renice Rehnitz pałac dwór nowa marchia gorzów Renice Rehnitz pałac dwór nowa marchia gorzów Renice Rehnitz pałac dwór nowa marchia gorzów Renice Rehnitz pałac dwór nowa marchia gorzów Renice Rehnitz pałac dwór nowa marchia gorzów Renice Rehnitz pałac dwór nowa marchia gorzów Renice Rehnitz pałac dwór nowa marchia gorzów Renice Rehnitz pałac dwór nowa marchia gorzów Renice Rehnitz pałac dwór nowa marchia gorzów Renice Rehnitz pałac dwór nowa marchia gorzów Renice Rehnitz pałac dwór nowa marchia gorzów Renice Rehnitz pałac dwór nowa marchia gorzów Renice Rehnitz pałac dwór nowa marchia gorzów Renice Rehnitz pałac dwór nowa marchia gorzów Renice Rehnitz pałac dwór nowa marchia gorzów Renice Rehnitz pałac dwór nowa marchia gorzów Renice Rehnitz pałac dwór nowa marchia gorzów Renice Rehnitz pałac dwór nowa marchia gorzów Renice Rehnitz pałac dwór nowa marchia gorzów Renice Rehnitz pałac dwór nowa marchia gorzów Renice Rehnitz pałac dwór nowa marchia gorzów Renice Rehnitz pałac dwór nowa marchia gorzów Renice Rehnitz pałac dwór nowa marchia gorzów Renice Rehnitz pałac dwór nowa marchia gorzów Renice Rehnitz pałac dwór nowa marchia gorzów Renice Rehnitz pałac dwór nowa marchia gorzów Renice Rehnitz pałac dwór nowa marchia gorzów


Pokaż widok na większej mapie