Powrót

rokitno dwór

Rokitno(Rokitten)



Fragmenty wspomnień Edmunda i Joanny Plura zawartych w książce Andrzeja Chmielewskiego " Widziałem Gomorę w Rokitnie". wydanej przez Wydawnictwo LITERAT Andrzej Chmielewski. Wspomnienia dotyczą w dużym stopniu ciekawych dziejów dworu w Rokitnie z czasów 2 Wojny Światowej . :

Edmund Plura z Miedzychodu:

Urodziłem się! 8-go października w 1913 roku we wsi Mały Gaj w powiecie Szamotuły. Ojciec Józef pracował na kolei w Złotnikach pod Poznaniem, matka Teresa z domu Piechowiak pochodziła z Wronek. Miałem trzech starszych braci rodzeństwa.
Kampania wrześniowa i niewola:
W sierpniu 1939 roku dostałem kartę mobilizacyjną i powołano mnie jako rezerwistę do wojsk obrony przeciwlotniczej. Jeszcze przed rozpoczęciem wojny przenieśli nas do Warszawy, gdzie byłem do 20 -go września, tego dnia przyszedł k rozkaz ewakuacji na wschód do Łucka. Na początku października pod Lwowem trafiłem do niemieckiej niewoli. Niemcy z wszystkich pojmamch żołnierzy utworzyli kolumny i poprowadzili do obozu. Po drodze zatrzymaliśmy się na nocleg w jakimś gospodarstwie. Rano cała kolumna jeńców ruszyła dalej, ale ja z kolegą spaliśmy na uboczu tak mocno, że nawet tego nie zauważyliśmy. W ten sposób staliśmy się wolni, zdjęliśmy mundury, jako rezerwiści mieliśmy w plecakach ubrania cywilne później nosiliśmy je także pod mundurem. Mogliśmy wtopić się w wędrujące grupy cywili, część rzeczy kupiliśmy też po drodze. Droga do domu była długa i męcząca. W Międzychodzie byłem 20 - go października. Już 1 - go listopada dostałem nakaz wstawienia się do miejscowego Arbeitsamtu (Urzędu Pracy). W tym czasie dużo ludzi z Międzychodu i okolic kierowano do pracy przymusowej w powiecie Schwerin (Skwierzyna), ja z moim bratem Edwardem i z jeszcze czterema osobami trafiliśmy do Rokitten (Rokitna). Pracowałem tam w majątku majora Wilhelma Petersena, w tym gospodarstwie było 500 ha ziemi, krowy, świnie i 3 konie. Do prac gospodarskich używano traktora, ciągnika na gąsienicach i kombajnu. Dziedzic miał jeszcze 2 samochody, mieszkał w pałacu, gdzie pracowała służba złożona z polskich robotnic przymusowych, tam pracowała też moja przyszła żona Joanna Reszke. Ja pracowałem jako ślusarz i kierowca traktorów, w sumie w całym majątku pracowało około 12 polskich robotników przymusowych. W Rokitnie, z tego co wiem, pracowali prawie wyłącznie Polacy, jakieś obozy jenieckie były w Lubikowie i w Kalsku, na początku wsi jak się wjeżdżało od strony Rokitna. W 1942 roku mojego brata przenieśli do pracy w mleczarni do Skwierzyny. Naszych rodziców wysiedlili na początku 1940 roku do Generalnej Guberni za Zamość do Majdana Rusowskiego, Dogadaliśmy się z dziedzicem, żeby sprowadzić naszych rodziców do pracy w Rokitnie. Zgodził się i załatwił wszystkie formalności, dostałem przepustkę i pojechałem po nich na wschód. Przyjechali i do końca wojny pracowali w Rokitttie. Pod koniec wojny przywieźli do pracy też Ukraińców, ale nie wiem kto ro był. Chyba w 1942 roku we wsi w budynku klasztornym wojsko zorganizowało szpital dla rannych żołnierzy. Przywożono ich samochodami ze stacji w Wierzebaum (Wierzbnie). W .944 roku za Rokitnem w okolicach Lubikowa Niemcy kazali kopać rowy przeciwpancerne (pancergraben), w pracach tych musieli też uczestniczyć miejscowi robotnicy. Ja pracowałem przy tych wykopach tylko raz Robotników pilnował policjant, on tez miał plany umocnień i kierował pracami na tym odcinku. Jeździł motorem, który dał mi do małego remontu, w ten sposób byłem zwolniony z tych prac.
Zielone Święta 1944
W Zielone Święta 1944 roku widziałem wielką eskadrę samolotów amerykańskich lecących w kierunku Poznania, którą zaatakowały samoloty niemieckie. Wywiązała się walka myśliwców niemieckich z bombowcami i myśliwcami amerykańskimi. W wyniku tego starcia jeden z bombowców odłączył się od eskadry, zniżając lot i zaczął spadać. Z uszkodzonej maszyny wyskoczyli piloci na spadochronach. Nagle pojawił się niemiecki samolot dwupłatowy, który lecąc nisko nad drutami trakcji elektrycznych strzelał krótkimi seriami do tych spadochroniarz Chyba nikogo nie trafili, ale jeden z pilotów był ranny w nogę. Po tych Amerykanów pobiegli miejscowi ludzie, złapali ich chyba 5 i przyprowadzili do sołtysa Pohla. Widziałem ich jak siedzieli na ganku przed sołtysa domem, tego rannego przywieźli na rowerze. Leśniczy Schilke, który brał udział w łapaniu tych pilotów podbiegi do jednego z nich i uderzył go w twarz. Na to jeden z Niemców złapał go i odepchnął, inni też na to się oburzyli. Leśniczy krzyczał, że ich zastrzeli. Na to ten Niemiec krzyknął do niego; Jak chcesz do kogoś strzelać to jedź na front a nie do tych bez broni. Nic wiem co się stało z tymi pilotami bo musieliśmy juz wracać do swoich obowiązków. Holowany na zachódW styczniu 1945 roku jak mszył front znad Wisły, szosą w kierunku Skwierzyny zaczęły jechać kolumny z uciekinierami. Kilka dni przed przyjściem Rosjan do domu przyjechał dziedzic w mundurze, w randze majora służył na froncie zachodnim. Przyjechał bardzo zmęczony w cywilnym ubraniu, od razu zarządził aby szykować samochody do drogi. Później wykąpał się położył spać. Matka dziedzica w dzień jeździła samochodem i na noc nie spuściła wody z chłodnicy, samochód zamarzł i nie można już było go rano uruchomić. Obydwa samochody zapakowali rożnymi rzeczami i przed południem ruszyli w drogę. Zepsuty samochód, którym kierowała jego żona, wzięli na hol, za kierownicą pierwszego samochodu siad ł dziedzic. Daleko nie ujechali, bo był ponad 20 cm śnieg i dziedziczka nie mogła wykierować. Dojechali tylko do szosy na Skwierzynę, obok owczarni, tam się zatrzymali. Petersen przyszedł do domu i polecił mi żebym się zbierał bo pojadę drugim samochodem. Nie miałem ochoty nigdzie z nimi jechać i odpowiedziałem mu, że nie jestem przygotowany i nie mam dokumentów. Odpowiedział, że nie ma czasu i żebym jechał tak jak jestem, dał mi swój płaszcz dodał jeszcze, żebym się nie martwił bo z nim nie zginę. Nie miałem wyjścia i musiałem pojechać z nimi. W Skwierzynie nie widziałem w tym czasie wojska, po drodze też niewielki był ruch. Co jakiś czas samochód nam stawał bo paliwo było kiepskiej jakości. Zanocowaliśmy w jakiejś wsi i rano ruszyliśmy w kierunku Frankfurtu. Około pół kilometra przed Frankfurtem stał posterunek żandarmem, kontrolujący przejeżdżające pojazdy. Zatrzymali nas i sprawdzali dokumenty majora, usłyszałem jak żołnierz powiedział do oficera "Jedzie z całą rodziną". Coś im się nie zgadzało t kazali jechać do koszar, razem z nami pojechał jeden z żołnierzy. '' We Frankfurcie był też mały ruch. przed mostem na Odrze po raz kolejny zgasł samochód, który ciągnął mój wóz. przez most przepchali nas ludzie, którzy też przechodzili na drugi brzeg. Tam naprawiłem samochód, ale nie mogliśmy podjechać pod wzgórze, żołnierz zatrzymał sanitarkę, która wyciągnęła nas na górę. Zajechaliśmy do koszar, gdzie do wieczora przesłuchiwali dziedzica, czekając na niego bardzo zmarzliśmy. W końcu pozwolili jechać dalej. Wyjechaliśmy za Frankfurt, do tej miejscowości zostało około 20 kilometrów, powiedziałem do dziedzica, aby zatrzymał jakiś samochód i zaproponował komuś jakiś alkohol, za podholowanie mojego samochodu te 20 km Czekaliśmy długo bo nikt nie jechał, w końcu pojawiła się jakaś pusta na holu pojechałem za nimi. Chyba od razu zaczęli próbować podarunku od majora, bo jechali coraz szybciej, a samochodem w poślizgach rzucało na wszystkie strony. Dawałem im sygnały, że jadą za szybko i musiałem hamować, w końcu lina pękła i stanąłem. Nie wiedziałem co robić. Zgłodniałem, wziąłem suszoną kiełbasę z samochodu i chciałem już jeść, ale zobaczyłem dziedzica. Okazało się, że zerwałem się z holu akurat w tej wsi do której jechaliśmy. Do dziedzica rodziny był jeszcze kawałek, zatrzymał nadjeżdżającą pustą wojskową ciężarówkę. Jak powiedzieli ci żołnierze jechali z Piły, kawałek nas podholowali, jakoś dotarliśmy na miejsce. Jeszcze w międzyczasie zacząłem patrzyć do tych samochodów co się mogło psuć i zorientowałem się, że powodem było złe paliwo. Już wiedziałem co trzeba robić aby jechać dalej. Dziedzic od razu oskarżył mnie, że ja celowo nalałem takie złe paliwo, zrobił mi awanturę, ale ja lałem takie paliwo jakie było. Przenocowaliśmy tam i około godziny 9 rano pustym samochodem ruszyliśmy z powrotem do Rokitna po resztę dobytku i matkę dziedzica. Po drodze też nie widziałem jakiegoś wielkiego ruchu i punktów kontrolnych też nie było, samochód stawał nam po drodze ale wiedziałem już co jest, to jechaliśmy dalej. Jak wjechaliśmy do majątku był już wieczór, służba zapakowała samochód tym co kazali. Matka dziedzica pytała jak jest na drogach, major kazał położyć się jej spać, ja miałem zatankować samochód Powiedziałem mu żeby poszedł ze mną do garażu i sam zobaczył jakie jest paliwo. Poszedł i doglądał tego.
Sowieci w Rokitnie
Słychać już było odgłosy walk i widać było łunę pożaru w Lubikowie. Zapytałem dziedzica kiedy chce jechać, odpowiedział, że rano ruszą. Ja mu na to, że Sowieci są już w Lubikowie i czy nie słyszy huku armat. Stwierdził, że to jest niemożliwe, odpowiedziałem mu. że jak wyjdzie za stodołą to sam zobaczy. Poszedł i był kompletnie zaszokowany tym co zobaczył, wbiegł do domu, obudził matkę, kazał jej wyjeżdżać samochodem, a sam wyszykował swojego ulubionego konia. Matka dziedzica chciała wziąć na drogę moją narzeczoną, ale w końcu pojechała z nią inna służąca. Powiedziałem jej co gdzie robić aby samochód jechał. Dziedzic jeszcze nakazał abym ciągnikiem gąsienicowym wziął na hol 3 przyczepy z ludźmi i ich dobytkiem z Rokitna. Nie miałem oczywiście ochoty jechać w taki czas, powiedziałem dziedzicowi, że co zrobimy jak po drodze popsuje się ten ciągnik np. wyleci szpilka z gąsienicy wtedy Ruscy i tak nas dogonią. Chyba to do nich przemówiło, bo zaprzęgli konie do swoich wozów. Dziedzic jak odjeżdżał konno to sie. zatrzymał i krzyknął na pożegnanie: Żebym miał pewność, że już tu nie wrócę to bym granatem wysadził pałac. Wieczorem do majątku przyjechało na koniach 6 czy 7 dziwnie dla mnie ubranych wąsatych żołnierzy. Jak sie później zorientowałem byli to ukraińscy kozacy, którzy służyli w niemieckim wojsku. Byli zmęczeni i bardzo im się spieszyło, kucharka dała im coś do jedzenia, zrobiła im też jakieś jedzenie na drogę i pojechali dalej. W pałacu zostaliśmy tylko ja, Joanna i jej ciężarówka, major zatrzymał j ą i wytłumaczył o co chodzi, wręczył butelkę czegoś mocniejszego i koleżanka z pracy gosposia Józia. Pozostali robotnicy z majątku mieszkali poza majątkiem, zresztą nie wiem czy jeszcze tam byli. Rano(30 - go stycznia) obudziła nas wilka eksplozja i do Rokitna zaczęli wkraczać Rosjanie. U nas w majątku byli dopiero pod wieczór. Przyjechała i przyszła ich cała masa. Wpadli do pałacu i pytali gdzie dziedzic i czy są tu Niemcy. Łóżka, pierzyny i inne meble wyrzucali przez okna, na pokoje nanosili słomy i kładli się na ziemi spać. Na dole w sutenerze, gdzie my mieszkaliśmy rozgościli się oficerowie, zaraz wyciągnęli bańkę z alkoholem i słoninę, nalali mi do wypicia na wiwat pół szklanki. Okazało się, że to denaturat, który Niemcy używali do celów gospodarczych, był bezbarwny, ale śmierdząc i jak się musiałem przekonać ohydny w smaku. Wojskowi oburzyli się na moje narzekania i powiedzieli, że ty "Polaczku" nie znasz się i nie umiesz pić, powiedzieli, że mam pić za zwycięstwo, bo jak nie to ja "german", krzyczeli. Pytali też o niemieckie kobiety, ale powiedzieliśmy, że tu już nie ma żadnej. Musiałem też stanąć w obronie mojej narzeczonej bo przyczepił sie do niej jakiś żołnierz. Dziewczyny bały się spać, więc w ubraniach położyliśmy się w trojkę, rano jak wstaliśmy w pałacu nie było już wojska. Z tego co wiem Rosjanie gnębili miejscowych ludzi i zabili kilka osób w tym zarządcę z majątku, nazywał się Hance. W Rokitnie spaliśmy jeszcze 2 noce i rano 2 lutego końmi z wozem ruszyliśmy z powrotem do domu. Jechaliśmy przez Lubikowo, gdzie były popalone domy i ślady walk, za tą wsią w lesie leżało przy drodze dużo pozabijanych żołnierzy niemieckich Bocznymi drogami ominęliśmy Wierzbno i w Strychach skręciliśmy koło torów w stronę Muchocina. W domu za wsią obok drogi do Międzychodu mieszkali nasi znajomi Jurgowiak i tam się zatrzymaliśmy. Tam mieszkaliśmy parę dni, zorientowaliśmy się , że nas dom jest zajęty przez wojsko służące przy sztabie marszałka Żukowa, który mieścił mieścił się w budynku, gdzie obecnie mieści się Urząd Miasta. Dużo wojska Rosyjskiego z dużymi działami stało przy Warcie. Rosjanie dali nam zastępczy dom i wywieźli samochodem do Sowiej Góry. Po zakończeniu wojny 26 - go maja 1945 roku wzięliśmy ślub w kościele w Międzychodzie (w ten dzień był też drugi ślub), skromne przyjęcie weselne było w Mierzynie. Pracowałem jako kierowca PSS Społem w Międzychodzie i prowadziłem prywatny zakład wulkanizacji."

Joanna Plura (Reszke) z Międzychodu:

"Urodziłam się w Międzychodzie 25 - go sierpnia 1925 roku. Ojciec Walenty matka Anna z domu Przybylska pochodziła z Kolna. Moja rodzina mieszkała na tych terenach od pokoleń. Brat ojca przejął gospodarstwo po rodzicach i musieliśmy wyjechać do Pińska na Polesiu, gdzie ojciec podjął się dzierżawy gospodarstwa rolnego. Tam mieszkaliśmy całą rodziną, rodzice, ja. siostra 3 braci. Ale to gospodarstwo było na uboczu i zimą wysoki śnieg zasypywał drogi. Moi bracia nie mieli jak chodzić do szkoły, ojciec ich musiał wozie i było z tym dużo kłopotów. Wróciliśmy z powrotem na zachód i zamieszkaliśmy w Milostowie. Po wybuchu wojny uciekliśmy razem z innymi mieszkańcami do Duszników pod Lwówkiem. Ojciec z braćmi poszedł szukać punktu mobilizacyjnego, bo chcieli walczyć, ale wojsko polskie wycofało się na wschód i błąkali się przez kilka tygodni, w końcu nie zdążyli wstąpić do wojska. Wrócili do domu. Latem 1940 roku trafiłam na roboty przymusowe do majątku dziedzica Wilhelma Petersena w Rokitnie. Tam pracowałam jako pokojówka i pomoc kuchenna. Pracy było dużo i każdy musiał znać swoje obowiązki. Były wyznaczone godziny posiłków i różnych prac. Wszystkiego pilnowała matka dziedzica. Za jakiś czas ojciec dostał nakaz pracy w Międzyrzeczu na kolei jako spawacz, przeprowadzili się do folwarku Wysoka Brzoza. Tam rodzice mieszkali do końca wojny. Jak przyszedł front, Rosjanie zabrali ojca aby pokazał im drogę i zabili go w lesie u okolicach jeziora Głębokiego. W styczniu 1945 roku w Rokitnie większość Niemców zostało, tylko niektórzy zdecydowali się na ucieczką za Odrę. Większość z tych, którzy zostali to byli starsi ludzie, ksiądz proboszcz też na kazaniu wezwał miejscowych ludzi do pozostania. bo w takie mrozy nie daliby rady jechać, zresztą wielu nie miało też czym jechać. Dziedzic był majorem i służył na froncie we Francji, parę dni przed przyjściem Rosjan przyjechał w cywilnym ubraniu i kazał pakować się jego rodzinie. Uciekli dwoma samochodami, jeden popsuł się i musieli zabrać go na hol. Później przyjechał już jednym samochodem po matkę, która zabrała sobie do pomocy jedną pokojówkę i pojechali na zachód. Dziedzic przygotował sobie prowiant na drogę i uciekł konno na swoim wierzchowcu. Jeszcze przed odjazdem zatrzymał się i krzyknął do nas, że jakby miał pewność, że nie wróci tu już nigdy, to by granatem wysadził cały pałac. Jak wyjeżdżali to było słychać już odgłosy wybuchów, na drugi dzień byli już w Rokitnie Rosjanie. Pierwszych Rosjan zobaczyłam wieczorem 30 -go stycznia 1945 roku. Przyszli do pałacu spać. Mieszkaliśmy w suterenie w pałacu, jak przyszli żołnierze to wprowadzili się do nas oficerowie. Bardzo baliśmy się co to teraz będzie, na szczęście był z nami mój przyszły mąż Edmund Plura. Jakiś żołnierz zaczął mnie ciągnąc za sobą, ale wstawił się za mną Edmund i powiedział, że jestem jego żoną. Jakoś przetrwaliśmy tę noc. Rano jak się obudziliśmy już nikogo nie było. W Rokitnie zostaliśmy jeszcze dwie noce, 2-go lutego wyjechaliśmy."

Rokitno Rokitten pałac dwór nowa marchia gorzów Rokitno Rokitten pałac dwór nowa marchia gorzów Rokitno Rokitten pałac dwór nowa marchia gorzów Rokitno Rokitten pałac dwór nowa marchia gorzów Rokitno Rokitten pałac dwór nowa marchia gorzów Rokitno Rokitten pałac dwór nowa marchia gorzów Rokitno Rokitten pałac dwór nowa marchia gorzów Rokitno Rokitten pałac dwór nowa marchia gorzów Rokitno Rokitten pałac dwór nowa marchia gorzów Rokitno Rokitten pałac dwór nowa marchia gorzów Rokitno Rokitten pałac dwór nowa marchia gorzów


Pokaż widok na większej mapie